• 1. Zacznijmy od tego, że rynek, szczególnie na pracę i mieszkania, tworzy zawsze więcej problemów, niż je rozwiązuje… :-( Kapitalizm rynkowy z definicji oznaczać musi przecież bezrobocie, jako że bezrobocie pomaga utrzymać kapitalistom władzę nad zatrudnianymi przez nich pracownikami najemnymi, a wiadomo, że bez tej władzy, to nie byłoby kapitalizmu. Poza tym, to kapitalizm rynkowy polega na ciągłej zmianie koniunktury – od wysokiej w krótkim okresie tzw. boomu (prosperity) do długotrwałych okresów recesji, kiedy to spada popyt a więc rośnie bezrobocie. A z kolei bez bezrobocia, czyli bez istnienia tej „rezerwowej armii pracy” składającej się z bezrobotnych, nie byłoby przecież możliwe wyjście gospodarki rynkowej z recesji, jako że zabrakło by wtedy tych dodatkowych pracowników, zatrudnianych podczas okresów dobrej (wysokiej) koniunktury. Tak więc walka z bezrobociem w kapitalizmie przypomina walkę z grawitacją albo też walkę z wiatrakami.

    2. Zgoda, dopłacanie do najniższych płac nic nie da, jako że oznaczać to musi transfer dochodów od pracowników lepiej zarabiających do pracowników gorzej zarabiających – patrz n.p. Lester Thurow „The Zero-Sum Society: Distribution and the possibilities for economic change” (1980).

    3. Nawet zniesienie opodatkowania pracy (jakkolwiek to może być zrozumiane) nie zlikwiduje bezrobocia w kapitalizmie rynkowym, albowiem kapitalista (jak kto woli, „przedsiębiorca”) tylko wtedy zatrudni pracownika najemnego, jeśli ten pracownik przyniesie mu dochód większy niż koszt zatrudnienia tegoż pracownika. Oczywistsze jest, że w praktyce przedsiębiorca może się tylko domyślać, który pracownik przynosi mu zysk, a który nie, a już zupełnie to jest niemożliwe w wielkich firmach, zatrudniających setki czy też tysiące osób, szczególnie zaś w działach pozaprodukcyjnych. O ile wydajność sprzedawcy (salesmana) czy też robotnika na taśmie produkcyjnej można stosunkowo łatwo wyliczyć, to jak wyliczyć wydajność sekretarki czy też inżyniera w biurze konstrukcyjnym? Jeden szef woli n.p. ładna sekretarkę z przyczyn estetyczno-erotycznych, inny woli brzydką, bowiem odstrasza ona niechcianych interesantów. Z projektantami jest jeszcze trudniej, gdyż który z nich przynosi większy zysk dla firmy: ten, który projektuje szybko proste urządzenia, przynoszące szybkie ale małe zyski, czy też ten, który latami pracuje nad wynalazkiem, który po wdrożeniu przyniesie wielkie zyski? Którego należy zwolnić w okresie recesji? Któremu dać podwyżkę, a któremu obniżkę pensji? Jak widać – Diabeł jest zawsze w szczegółach! W kanadyjskiej prowincji Ontario self employed czyli samozatrudniajcy się może pracować dla kogokolwiek kto da mu pracę bez żadnych kontraktów.

    Do pewnej kwoty zarobków nie jest zobowiązany do pobierania HST czyli odpowiednika VAT.

    Z podatku rozlicza się do czerwca następnego roku.

    Jeżeli przekroczy pewien pułap zarobków to w rozliczeniu podatkowym będzie musiał zapłacić odpowiednik ZUS za rok ubiegły.

    W regulacjach federalnych jest bardzo wyraźne rozróżnienie pomiędzy pracą na etacie a pracą jako samozatrudniony.

    Samozatrudniony pracuje na swoim sprzęcie, w swoich godzinach i w swoim biurze czy warsztacie.

    Jeżeli w większości pracuje na terenie firmy, na sprzęcie firmowym i w godzinach wyznaczonych przez firmę, to w rozumieniu prawa jest pracownikiem etatowym.

    Do roku po zakończeniu pracy w tej firmie może zgłosić do urzędu i jeżeli urząd przyzna mu rację, pracodawca między innymi będzie musiał pokryć jego składkę emerytalną.

    3. Podsumowując: PO wpadło w panikę po przegranej Komorowskiego, a więc wycofuje się z (neo)liberalnych prób deregulacji rynku pracy, jako że przyniosła ta deregulacja rynku pracy tylko jeszcze wyższe bezrobocie i jeszcze niższe zarobki, a więc generalne niezadowolenie ludzi pracy, którzy głosują przeciwko PO „nogami”, masowo emigrując z tej „zielonej wyspy ex-premiera Tuska”. Jedynym rozwiązaniem problemu niskich plac i związanego z nim problemu bezrobocia to jest bowiem rezygnacja z wolnorynkowych dogmatów i zrozumienie, że ponieważ sektor prywatny nie jest (z wielu względów) zainteresowany zwiększeniem zatrudnienia i podwyżką płac roboczych, to państwo musi tu wkroczyć, jak to zawsze bywa w przypadku tzw. market failure („awarii rynku”) i zacząć tworzyć dobrze opłacane miejsca pracy, i to nie w administracji czy tez usługach niematerialnych, ale głównie w przemyśle i usługach materialnych, a więc miejsca pracy, które „same na siebie zarobią”.


    votre commentaire
  • Opłaty likwidacyjne wynikają z ochrony ubezpieczeniowej w rozumieniu T.U :-) i systemu naliczania wynagrodzenia dla przedstawicieli.Firmy nie zmienią tego ponieważ nie miałby kto dla nich pracować.

    Klienci podpisując takie umowy nie przyjmują do swoje świadomości że w okresie od momentu podpisania umowy ich sytuacja życiowa może zmienić się na bardzo negatywną (utrata pracy, zdrowia) z przyczyn od nich nie zależnych.Ludzie nie potrafią zadać pytania o tą kwestię ponieważ , mają przed oczami wspaniała przyszłość rysowaną przez przedstawiciela T.U Niestety większość z nas patrzy na dobre historyczne wyniki UFK które pokazują przedstawiciele dodają że historia w dłuższej perspektywie może się powtórzyć ( np. wysokie stopy zwrotu) tylko nie mówią za ile lat .... ponieważ nie są wróżbitami :-). Z drugiej strony klienci nie zwracają uwagi na to że jeżeli w trakcie trwania polisy zejdą z tego świata to pieniądze np. dla dzieci jako osób uposażonych zostaną przekazane bez żadnych podatków jako świadczenie ubezpieczeniowe.Kłopot w tym że to ubezpieczenie jest relatywnie drogie : opłata za zarządzanie , różnica w cenach jednostek TFI itd...Najgorsze jest to że nigdy w tych umowach nie wiemy ile dostaniemy nawet jak z umowy zrezygnujemy po okresie gdzie nie będzie już opłat likwidacyjnych. Problem w tym że bardzo duża część społeczeństwa nie potrafi policzyć tego. Wynika to z prowadzonej polityki przez nasze rządy ( MATEMATYKA NA MATURZE PRZEZ 10 LAT BYŁA NIEOBOWIĄZKOWA ) w myśl zasady im mniej wie społeczeństwo tym łatwiej min manipulować na swoją korzyść.Ale to społeczeństwo wybiera rządzących a nie firmy ubezpieczeniowe i pracownicy oraz współpracownicy więc warto pomyśleć przy zbliżających się wyborach.Pamiętajcie którzy posłowie głosowali za reformą OFE. Zacząć należałoby od tego że warunki ogólne takich produktów nie mogłyby zawierać więcej niż 3-4 strony. 

    Można tam zawrzeć najważniejsze postanowienia umowy (nawet na 100 stronach nie sposób zapisać wszystkich możliwych przypadków), resztę reguluje Kodeks Cywilny.

    Sprawa znana od dawna: W mętnej wodzie ryby biorą.

    Klient ma z reguły znikomą wiedzę o tych inwestycjach, nie ogarnia tych wszystkich terminów i po prostu "nie ma głowy" i czasu na czytanie 60 stron umowy. I o to chodzi sprzedającemu!!!

    Ufa słowom agenta, a ten przedstawia mu tylko to co klient chętnie kupi.

    Agent ma plan sprzedaży i prowizję od sprzedanych polis, a klient podpisuje oświadczenie że zapoznał się z warunkami umowy i je przeczytał i zrozumiał.

    To taka specjalna "polisa" dla agenta i firmy ubezpieczeniowej - zupełnie darmowa polisa, bo podpisana przez nieświadomego i zmanipulowanego klienta.

     

    A te wszystkie instytucje państwa niby powołane do ochrony interesów klienta to ŻENADA I PORAŻKA.

    Zaczynają się ujawniać jak już tysiące klientów nabitych w butelkę robi zadymę.

    Instytucje finansowe mają obowiązek przedstawiać tym urzędom warunki takich umów i te urzędy powinny zwrócić uwagę na złodziejskie zapisy w tych warunkach.

    Dlaczego tego nie robią?

    Oszuści czują się bezkarni i dlatego są takie "kwiatki" jak WGI, Amber Gold i inni naciągacze schowani za fasadą niby prestiżowych instytucji finansowych.


    votre commentaire
  • Premier Danii Helle Thorning-Schmidt ogłosiła we wtorek, że jej kraj najgorsze lata kryzysu gospodarczego ma za sobą. Obiecała też ok. 40 miliardów koron duńskich (5,7 miliarda USD) na dodatkowe wydatki, podsycając pogłoski o przyspieszonych wyborach parlamentarnych.- Dziś możemy bardzo wyraźnie powiedzieć, że Dania wyszła z kryzysu - powiedziała duńska premier dziennikarzom, jako dowód przywołując spadek bezrobocia, utrzymujący się w ostatnich kwartałach wzrost gospodarczy i optymizm wśród konsumentów na najwyższym od lat poziomie. - Najtrudniejsze lata już za nami, Dania powróciła na bezpieczną ścieżkę - dodała. Grupa uznanych duńskich doradców ekonomicznych we wtorek pochwaliła politykę rządu i oszacowała, że w 2015 r. wzrost gospodarczy wyniesie 1,9 proc. PKB, a w 2016 r. - 2,3 proc. W 2014 r. wzrost wyniósł 1,1 proc. PKB.

     

    Zapowiedź dodatkowych wydatków podsyciła krążące od pewnego czasu spekulacje o możliwym wcześniejszym rozpisaniu wyborów powszechnych. W piątek źródła zbliżone do duńskiej premier powiedziały, że prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu ogłosi ona ich datę, chociaż ostateczna decyzja w tej sprawie podobno jeszcze nie zapadła.


    votre commentaire
  • Kontrowersyjne regulacje dotyczące jednolitych opakowań mogą trafić do Polski. Unia Europejska po ustąpieniu Polsce i przyjęciu kompromisowej wersji dyrektywy uderza z innej strony. Jak nie kijem go to pałką. UE planuje w ramach dyrektywy PE 2014/40/UE z 3 kwietnia 2014 r. (znanej szerzej jako po prostu dyrektywa tytoniowa) wprowadzić system jednolitych opakowań dla wyrobów tytoniowych. Stało się to pod wpływem decyzji Minister Zdrowia Wielkiej Brytanii Jane Elison. Rozwiązanie to zostało już wprowadzone na przykład w Australii. Opakowania mają jednolitą szatę graficzną jednak i często znajdują się na nich drastyczne zdjęcia mające zniechęcać do palenia (realnie zaś pozwalają na zarobek złotnikom oraz producentom papierośnic - palacze bowiem zwyczajnie przekładają papierosy do takich właśnie, wykwintnych i miłych dla oka opakowań).Problem w tym, że wprowadzenie jednolitych opakowań jest niezgodne z polskim prawem i polską konstytucją. Ujednolicenie opakowań oznacza zakaz wprowadzenia znaków handlowych co gwarantuje nie tylko polskie prawo ale także międzynarodowe konwencje, choćby Konwencja Paryska o ochronie własności przemysłowej.Co ciekawe - mimo, iż projekt cieszy się poparciem we wspólnotowych kręgach to jest on jednocześnie sprzeczny z samym prawem UE. Artykuł 17 Karty Praw Podstawowych wyraźnie wskazuje, iż „Każdy ma prawo do władania, używania, rozporządzania i przekazania w drodze spadku mienia nabytego zgodnie z prawem. Nikt nie może być pozbawiony swojej własności, chyba że w interesie publicznym, w przypadkach i na warunkach przewidzianych w ustawie, za słusznym odszkodowaniem za jej utratę wypłaconym we właściwym terminie. Korzystanie z mienia może podlegać regulacji ustawowej w zakresie, w jakim jest to konieczne ze względu na interes ogólny”. Tym samym wprowadzenie plain packaging przez jakikolwiek kraj europejski powinno się spotkać z reakcją KE, nakazującą respektowanie prawa Unii Europejskiej. Trudno też nie odnieść wrażenia, że branża tytoniowa ma być poligonem doświadczalnym dla dalszego ograniczania swobody gospodarczej przez niektóre kraje UE. Jeśli UE wprowadziłaby powszechność takiej praktyki mogłoby się okazać, iż w kolejce znajdą się następne branże. Branża tytoniowa jest dobrym chłopcem do bicia - łatwo testować groźne regulacje na koncernach mających reputację producentów trucizny. Abstrahując jednak od oceny producentów tytoniowych warto przeanalizować tę regulację pod względem jej szkodliwości lub korzyści jakie mogłaby przynieść dla polskiej gospodarki. Tych jednak praktycznie nie ma. Polska sprzeciwia się tym regulacjom ze względu na wysoki udział produkcji tytoniowej we wzroście PKB oraz przez wzgląd na dużą ilość miejsc pracy (około 500 tys.) którą wytwarza branża. Co więcej - Polska jest największym eksporterem wyrobów tytoniowych w UE, dzięki czemu budżet państwa zarabia miliardy złotych. Poszkodowane więc byłyby nie tylko koncerny, ale także przede wszystkim producenci rolni, firmy transportowe czy regiony dotknięte bezrobociem. Co ważne - Polska nie jest jedynym krajem UE, który sprzeciwia się tym regulacjom. Wobec propozycji brytyjskiej sprzeciw zgłosiło 10 państw - Bułgaria, Czechy, Grecja, Hiszpania, Litwa, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Węgry i Włochy, zaś wobec analogicznej propozycji irlandzkiej - 9: Bułgaria, Czechy, Grecja, Hiszpania, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Węgry, Włochy. Oznacza to, że 1/3 państw UE odrzuca te regulacje.


    votre commentaire
  • Nieoczekiwana wygrana lewicowej Nowej Partii Demokratycznej (NDP) w kanadyjskiej prowincji Alberta jest od tygodnia przedmiotem nieustających spekulacji co do jej konsekwencji dla biznesu naftowego. Rzadko kiedy wybory w kanadyjskiej prowincji, i to nie największej (11 proc. mieszkańców kraju), budzą zainteresowanie na arenie międzynarodowej. Jednak Alberta, ze względu na przemysł naftowy, będący największym dostawcą rafinerii amerykańskich, jest miejscem szczególnym. Miejsce konserwatystów sprzyjających firmom naftowym i gazowym zajmie większościowy rząd prowincji z 53 miejscami w 87-osobowym parlamencie, o lewicowym charakterze, z programem dywersyfikacji gospodarki. Rząd zostanie zaprzysiężony pod koniec maja, choć nowa premier Rachel Notley może oficjalnie objąć urząd wcześniej. Po tygodniu od wygranej NDP wciąż nie wiadomo, jakie będą pierwsze decyzje nowej szefowej rządu. Notley zapowiedziała już ścisłą współpracę z biznesem, a w niedzielę podkreślała, że Alberta musi być czymś więcej niż tylko prowincją prostej siły roboczej. Po wygranych wyborach zapewniała, że firmy z Alberty przekonają się, iż sprawy będą się toczyć właściwym torem. Według mediów Notley rozmawiała już z szefami niektórych koncernów. Zwrócił też uwagę, że w ostatnich latach szybko rozwijająca się gospodarka Alberty, z najniższymi w Kanadzie podatkami od firm, stworzyła "inflacyjną sytuację".

    Specjaliści cytowani przez agencję Canadian Press zwracali zaś uwagę, że np. wprowadzenie ostrzejszych regulacji w sektorze paliwowym może pomóc kanadyjskim firmom, zwiększając ich wiarygodność. Wygrana lewicy w najbardziej konserwatywnej prowincji Kanady, rządzonej przez 44 lata przez konserwatystów, jest paradoksem, bo w wyborach doszło do starcia zwolenników podniesienia podatków z tymi, którzy chcieli zrobić to samo, ale w inny sposób. Program NDP zakłada podwyżkę podatków korporacyjnych (z 10 do 12 proc.), większe podatki dla zamożniejszych mieszkańców Alberty (ok. 10 proc. podatników) oraz podwyżkę opłat pobieranych od firm surowcowych (ang. royalties). Konserwatywny premier Jim Prentice zarządził wcześniejsze wybory, ponieważ chciał uzyskać mandat mieszkańców Alberty na rozłożoną na 10 lat podwyżkę podatków, która miała pokryć brak 7 mld dolarów kanadyjskich w budżecie. Po spadku cen ropy sektor naftowy nie dostarcza już tylu pieniędzy do budżetu prowincji, co jeszcze przed rokiem.

    NDP mocno krytykowała konserwatystów za brak planu awaryjnego w razie spadku cen ropy oraz za "eksport miejsc pracy do Teksasu", jako że w Albercie nie przetwarza się wydobywanej tam ropy. Podwyżkę opłat eksploatacyjnych NDP chce przeznaczyć na rozwój innych dziedzin gospodarki, w tym alternatywnych źródeł energii, sektorów technicznych, wykorzystujących badania naukowe, sektora produkcji filmowej, a także rolnictwa.

    O potrzebie dywersyfikacji w gospodarce mówi się od dawna, a kilka dni po wyborach w Albercie pojawił się raport jednego z największych kanadyjskich banków, BMO, zapowiadający, że Alberta będzie miała szczęście, jeśli w tym roku uniknie recesji spowodowanej spadkiem cen ropy. W tym samym raporcie BMO zwrócił uwagę, że wzrostu gospodarczego spodziewa się w prowincjach o bardziej zróżnicowanej gospodarce, takich jak Ontario czy Kolumbia Brytyjska.


    votre commentaire